Data wpisu: 23 stycznia 2011 r. Autor: Andrzej Ambroziak.
Relacja ukazała się pierwotnie na stronie Klubu Sportowego Amber.
Tomaszów Mazowiecki, 23 stycznia 2011 r.
Zaczęło się dość optymistycznie. Do Warki „na piwo” – hasło przewodnie; wykorzystać wysoki stan wody i w ciągu 11 godzin pokonać 113 km – sprytny plan; zwieńczyć dzieło dobrym trunkiem – bezcenne. Cel wycieczki – ucieczki był prosty: przy średniej 10 km na godzinę powinniśmy być w Warce ok. 17:30. Od początku było wiadomo, że musimy gdzieś nadrobić czas, żeby nie dopływać do mety po omacku (szaro, buro robi się już o 16:30).
Wysoka woda miała być naszym sprzymierzeńcem, ale tylko wtedy (tak jak zresztą myślałem), kiedy byłaby w swoim korycie. Co ciekawe, przez Polskę z północy na południe przechodził w tym dniu front w postaci nawrotu ostrej zimy. Były obawy i wydawało się, że sensu brak, ale jakiś sens gnał nas, by płynąć pod prąd wyobraźni. Wszak płynąć kajakiem może każdy, ale nie każdemu dane jest czuć bicie serca.
Logistyka wydawała się prosta: w razie czego Heniek, znający każdy metr dojazdu nad rzekę, a na trasie spływu co parę kilometrów sporo znajomych ośrodków i przystani.
Tomaszów – Inowłódz: mróz od pierwszych kilometrów
Aby coś osiągnąć, trzeba podjąć ryzyko, więc o 6:45 kajaki na wodę, czołówki na głowę i płynąc przez łęgi, nie zauważając bystrza pod „żelaźniakiem”, dopłynęliśmy w 50 minut do Spały. Wiaterek delikatny, ale mroźny i prosto w mordę, jak na Odrze, dał nam trochę popalić, tak że najpierw mrozem zostały skute nasze ręce.
Niektórzy zdjęli neoprenowe rękawiczki i płynęli bez (lub w zwykłych), i tak się zastanawiam, po co człowiek wydaje pieniądze na drogie rzeczy, kiedy po godzinie się okazuje, że nie masz palców, a największym odkryciem są robocze, długie rękawice z Castoramy.
Rezerwat Spalski, Teofilów, przed Inowłodzem kajakowe górki, ośnieżone, czyste i tylko zimą tak piękne. Tomaszów – Inowłódz w 1 godzinę 40 minut, a więc na początku spływu nadrabiamy potrzebne nam później minuty.
Inowłódz – Nowe Miasto: kościółki w Łęgonicach
Mysiakowiec w następne 50 minut. W Grotowicach krótki postój Marcina i Joli powoduje, że grupa powoli zaczyna się sypać. Dwie osady, Darek z Piotrem i Wiola z Łukaszem, oddalają się dosyć szybko za linię horyzontu, a ja z Rafałem czekamy, aż na horyzoncie pojawi się Marcin z Jolą. Z tym czekaniem to tak nie do końca, ponieważ trzeba cały czas trochę wiosłować, bo momentalnie zaczynało być piekielnie zimno.
Rzeka za Gapininem porozlewana. W Domaniewicach trzeba uważać na linę promu, żeby nie popływać wpław. Przy takim stanie wody lina jest bardzo nisko zawieszona, prom oczywiście jest nieczynny, prawy brzeg i łąki zalane. Za Domaniewicami na lewym brzegu super czyste, ośnieżone górki, że można poszaleć na kajakach, a nawet, tak sobie myślę, na nartach.
Kościółki w Łęgonicach po prawej i po lewej stronie rewelacyjnie się prezentują i mimo szybkiego tempa i prostych czynności, które wykonujemy, jest czas na strawę duchową i zdjęcia.
U mnie łapka jedna zgrabiała, noga jedna zdrętwiała, achilles już chyba na wierzchu, więc trochę docisnęliśmy, wiedząc, że bez problemu u pana Włodka w Białym Dworku znajdziemy schronienie. 50 km w 4,5 godziny – Nowe Miasto. Jest dobrze, ale już chyba wiemy, że dzisiaj do Warki nie dopłyniemy.
Mija co najmniej pół godziny, zanim zjedliśmy, napiliśmy się gorącej herbaty i odtajaliśmy z mrozu. Marcin z Jolą podejmują decyzję, że kończą w Nowym Mieście. Dzwonię po Henia, który nie miał dzisiaj chęci na wyprawę, i jak się później okazało w Białobrzegach – słusznie. O godzinie 12:00 żegnamy się z Marcinem i Jolą oraz z przyjaznym gospodarzem obiektu, panem Włodkiem, który, trochę zaskoczony naszą dzisiejszą wizytą, robi nam sporo fotek.
Nowe Miasto – Białobrzegi: śnieżyca pod Osuchowem
Następny etap, do Białobrzegów, to 34 km, które chcemy pożerać. Początkowo pogoda nam sprzyja, wyszło słoneczko – jeszcze nie wiemy, że to tylko cisza przed burzą. Za Nowym Miastem Łąki Gostomskie pozalewane, dookoła wszędzie woda, nurt słabiutki, miejscami trzeba pomyśleć, którędy płynąć.
Dopływamy do Tomczyc: znowu czysta, piękna natura w postaci wysoczyzny po lewej stronie i rezerwatu przyrody (ok. 3 km), a po prawej aż do Białobrzegów ciągnąca się równina. Na większości z pozostałych ponad 20 km łąki po prawej stronie są pozalewane, może jedynie wieś Górki ze znaną nam polaną jest nienaruszona przez wodę. Krajobraz nieco inny niż latem, woda sięga daleko, aż pod Wyśmierzyce.
Za mostem w Tomczycach zamajaczyły nam na krótko dwie wieże kościoła w Przybyszewie, ale była to jeszcze daleka droga, a miejscami walka z żywiołem, który rozpętał się pod Osuchowem. Burza śnieżna przyszła na nas z lewej strony, tak że musieliśmy trochę zawalczyć, żeby nie popływać wpław za burtą, co nie byłoby nic śmiesznego, wszak wszędzie łąkami płynęła woda.
Wiosłując, staliśmy prawie w miejscu. Było chyba gorzej niż na Odrze, bo wiatr był boczny, a śnieżyca taka, że prawie nie mogliśmy otworzyć oczu, widoczność miejscami prawie żadna. Nasze ciała podzieliły się na dwie połowy – lewą zamarzniętą, czerwoną, a w zasadzie siną, i drugą, trochę bardziej ludzką.
Drobna sprawa, trochę lodu i śniegu na gębie jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Uzupełniamy kalorie jakąś kanapką i płyniemy. Nic śmiesznego, mogliśmy przecież w tym czasie jeść rosołek w domu, przy stole, normalnie, jak to robią ludzie normalni.
Zniszczony mostek w Osuchowie, kościół i most w Przybyszewie, Pacew, nowy mostek i w Górach za mostem już widać Białobrzegi.
Białobrzegi: meta po 84 km
Jest dobrze, ale niestety nie jest dobrze, bo dostajemy informację od Marcina, że fart, który zawsze mieliśmy, właśnie się dzisiaj skończył. Kiedy po nas przyjadą, po stłuczce i przesłuchaniu na komendzie w Białobrzegach, nie wiadomo.
Po 84 km, czyli po dwóch maratonach, lądujemy przy zalanym WOPR w Białobrzegach i musimy wyjść z kajaków prosto do wody, która jest wszędzie. Maraton kajakowy szybko zamienił się w pieszy, z kajakami pod pachą: najpierw pod górkę, na główną ulicę i do centrum, ok. 500 metrów, do czegokolwiek otwartego najbliżej.
Generalnie nic śmiesznego: „trzymajmy się ramy, to się nie posramy”.
Uratowani zostaliśmy w przyjaznym barze Jędruś. Parę lat wstecz, w akcji ratunkowej, organizowałem tam obiad dla wychłodzonej na rzece młodzieży z Warszawy.
W tym samym czasie Olek Doba pokonuje samotnie ocean… aleksanderdoba.pl
Galeria zdjęć
Pierwszych pięć fotografii przedstawia spływ z 23 stycznia 2011 r. Trzy ostatnie to dodatkowe archiwalne fotografie z innych zimowych spływów KS Amber.








Zdjęcia: archiwum KS Amber


